|
Down Syndrome Art, Growing-up in socialistic Poland

Moja Ameryka – (essay in Polish) awarded 4th place in the Polish Radio literary contest, 2010

Permalink for this paragraph 0 Ameryka! Wiezowce, wesole, ladne twarze, ped zycia. To  moje pierwsze skojarzenia dziewietnastolatki. Twarz matki, pelna elegancji, wielkiego swiata, osnuta cieniami drapaczy chmur lecz zazaca pelnia bialego, radosnego slonca odbijajacego sie figlarnie od  niebieskich skrzynek pocztowych, kwiaciarni, tlumow i wielkiego optymizmu lat siedemdziesiatych; to przezrocza utrwalone w mojej dzieciecej glowie. Jakiz kontrast miedzy Polska lat osiemdziesiatych dopiero budzacej sie ze swojej szarosci.

Permalink for this paragraph 0 “Parlez -yous Francais?” – uporczywie dopytuje sie obslugi samolotu  na trasie Detroit-Kalamazoo. Przerazala mnie mysl ze moglam leciec nie w tym kierunku co powinnam, ale miast odpowiedzi dostawalam usmiech.  Mit iz kazda stewardesa musi wladac obcymi jezykami zostalje blyskawicznie obalony.  Laduje z dusza na ramieniu.

Permalink for this paragraph 0 Kalamazoo, male miasteczko uniwersyteckie polozone w Michigan, niczym nie przypomina Ameryki z przezroczy Matki ani filmow Kojaka. Drapacze chmur zastepuja brzydkie drewniane domy, bez spadzistych czerwonych dachow, bez okien z bialymi firankami i donicami pelargonii. Cisza zalegajaca miasteczko jest obezwladniajaca.  Zewszad wieje nuda. Jedyna popularna rozrywka wsrod studentow tamtejszych uniwersytetow i uczelni sa piatkowe glosne jazdy samochodami. Nie ma kawiarenek ani parkow, sa za to korty tenisowe. Jak mlodziez spedza wolny czas, nie wiem. Trzeba miec dwadziescia jeden lat by moc tanczyc, gdyz wszedzie serwuja alkohol. Ktos nas zaprasza do siebie. Siadamy przed telewizorem, znajomosc szybko sie urywa.  Mamy po dziewietnascie lat. Wchodzimy w swiat starej emigracji, uciekajacej do Iraku z armia generala Andersa. Sluchamy muzyki z lat nam nieznanych, wsluchujemy sie w polityczne debaty, biernie uczestniczymy w odbudowywaniu nowego rzadu.  Obsadzane sa stanowsika premiera, wice premiera. Przyjezdza ktos wazny z Kanady, pretendujacy pozniej do stanowiska prezydenta Bialorusi; przyjezdza dzialacz Solidarnosci z dlugimi wasami, rownie obcy. Jestesmy zagubieni.

Permalink for this paragraph 0 Z ciekwosci udajemy sie do polskiego centrum w Chicago. Przechodze prze ulice, mlodziutka, wdzieczna, w wykrochmalonej bluzeczce z kolniezykiem. “Polish sh…t” dochodzi do mnie od zataczajacego sie mezczyzny. Czuje palace poliki do dzis. Za te slowa, za tamtejsza rzeczywistosc udajaca polska. Udajaca gdyz nigdy sie z taka nie spotkalam w swoim kraju.

Permalink for this paragraph 0 Na ulicach kroluja panny lecace na poranne wyklady z mokrymi glowami bez wzgledu na pore roku , czy panie rozwijajace walki z glowy na biurowym parkingu. Jest  to nie do pomyslenia dla kogos elegancko ubranego i uczesanego nawet do smietnika, gdzie a nuz mozna  natknac sie  na kogos znajomego. Krece glowa z niedowierzaniem nie czujac i nie rozumiejac ich wyzwolenia. Wiele lat uplywa nim zaczynam doceniac te wiare w siebie i lekkosc bytu. I mimo iz nigdy udaje mi sie poznac  Ameryki mojej Matki, tej wielkiej, tetniacej zyciem i buchajacej energia Nowego Jorku ktora jak magnez przyciagala ze zdjec to udaje mi sie rozkochac i Ja i siebie w mojej wiejskiej, monotonnej Ameryce. A zaczelo sie tak jak w przyslowiu – Przez zoladek do serca.

Permalink for this paragraph 0 Moja Ameryka odkryta po dwudziestu latach pobytu budzi sie w czerwcu i pachnie truskawka, szpinakiem i rabarbarem. Z niecierpliwoscia oczekuje dnia gdy bede mogla zlapac swoje maluchy pod pache i popedzic na pobliska ferma, gdzie wywioza nas traktorem w pole, wrecza koszyczki i pokaza gdzie mozna zrywac truskawki. Slonce jeszcze nie prazy tak silnie, jeszcze wytrzymujemy bez polewania sie zimna woda.  Dom tonie w truskawkach; maz nie wychowany w polskiej kulturze odwraca glowe  od pierogow czy makaronu ze smietana  i truskawkami.  Ciasto rabarbarowo truskawkowe posypane kruszonka wedlug farmowego przepisu robi wsrod wszystkich furore. Domowe gofry, obsypane plasterkami truskawek i polanymi bita smietana oraz syropem klonowym,  serwowane niemalze codziennie na sniadanie , powoduja glosne mlaskanie i oblizywanie palcow na ktore nikt juz nie zwraca uwagi.  Panuje wiosna  i radosc w sercach.

Permalink for this paragraph 0 Zaraz wakacje , zaraz uciekamy z upalnej Ameryki by powrocic z radoscia do soczystych pomidorow z bazylia i swieza mozzarella, do spalonych sloncem papryk, kalafiorow, baklazanow i brokol. Zaczynamy co tydzien kisic ogork na polska modle, ktorych zielen uprzytulnia cala obszerna kuchnia dajac poczucie dostatku  i stabilnosci.  Dom pachnie czosnkiem I swiezym koprem. Co chwila czyjas lapa siega do szklanego dzbana. Koledzy starszych synow nawet nie pytaja czy mozna tak staje sie to oczywiscte.

Permalink for this paragraph 0 Upal doskwiera, marzymy o lodach od Grycana, o dziesieciu kuleczkach  o wyuzdanych smakach na jednym wafelku. Nawet nie zachodzimy do tutejszych lodziarni by dostac jedna ogromna galke. By zabic tesknote za Warszawa i uciec od klimatyzowanego domu pedzimy na basen . Lato uplywa nam miedzy Polska, farma a basemen, na ktorego terenie  znajduje sie jedyna w okolicy piaskownica. Jest ona namiastka Parku Ujazdowskiego, gdzie codziennie gromadza sie tlumy dzieci i rodzicow z roznych stron swiata. A dzieje sie tak ze wzgledu na bliskosc ambasad. Pobyt z dziecmi w takiej piaskownicy daje mozliwosc ciekawych rozmow i podpatrzenia modnych tredow.

Permalink for this paragraph 0 Sadowie sie na lawce przy swojej amerykanskiej piaskownicy I pochlaniam glowe w lekturze. Sama, wszedzie sama. Nie podnosze wzroku na pulchne panie w szarych, nieciekawych kostiumach, nie kusi mnie parowka czy pizza z basenowego barku, chrupki kukurydziane oblane serowym sosem. Nostalgie przerywa krzyk dzieci. Powracamy do kapieli, tam juz razno I wesolo, znow jestem w swojej Ameryce.

Permalink for this paragraph 0 Szkola, rejwach powrotow. Odliczamy dni do trwajacego dwa miesiace“Jesiennego Festiwalu” Na polach dojrzewa kukurydza – krolowa sezonu; pojawiaja sie dynie i cukinie. Pomidory pekaja w szwach. Zabawa zaczyna sie na dobre. Co weekend, na farmie, zbieraja sie tlumy by skosztowac prawdziwej lemoniady serwowanej w pollitrowych kubkach; kukurydzy prazonej na slodko-slono w zeliwnym kotle, podawanej na goraco w dlugich workach; czy hamburgera z grilla. Sa kucyki dla najmlodszych, jak rowniez kozy, lamy i baranki. Karmimy je pasza z kukurydzy, dajac sie lizac i popychac. Skaczemy po blokach siana i taplamy sie w piaskownicy wypelnionej ziarnami kukurydzy. Z trudem znajdujemy dla siebie miejsce.

Permalink for this paragraph 0 Co godzine wiwatujemy dyniowej armacie strzelajacej do starego samochodu stojacego gleboko w polu. Zatykamy uszy, skaczemy z radosci gdy trafi. Zabawa wre.

Permalink for this paragraph 0 Kombajn, marzenie mojego synka, wywozi nas w pole, gdzie pod koniec jesieni mozemy podziwiac polmetrowe dynie leniwie chowajace sie pod zielonymi liscmi. Zar jeszcze leje sie z nieba, ale zaczynamy czuc ulotnosc chwili, wiedzac ze zaraz nadejdzie ta prawdziwa, zimna jesien. Delektujemy sie kazdym weekendem.  Przed budynkami pojawiaja sie pierwsze bloki siana, ozdobne stogi z lisci kukurydzianych, barwne chryzantemy ( o ilez radosniejsze od naszych polskich, cmentarnych) i dynie. Wybieramy sie w pole traktorem by zerwac te nasza, ktora stanie przed wejsciem do naszego domu w oznace gotowosci do odleglego jeszcze swieta Halloween. Kladziemy dynie na wozek Radio Flyer, inaczej nie doszlibysmy do samochodu.  Dom zmienia wystroj, staje sie zolto-pomaranczowy, cieply.

Permalink for this paragraph 0 Pojawiaja sie jablka. Pobliskie sady przesciguja sie w reklamowaniu swoich gatunkow. I znow traktor wywozi nas do najblizszych drzew. Zrywamy maniakalnie cieszac sie jak dzieci. Orzezwiamy sie swiezo wycisnietym sokiem jablkowym oraz jablecznymi ciastkami obsypanymi cukrem i cynamonem.

Permalink for this paragraph 0 Powoli robi sie chlodno. Ostatnie wyprawy na farme kojarza sie juz z ziebnietymi palcami otulajacymi kubek z goracym sokiem jablkowym. Znika sprzedawca prazonej kukurydzy, znikaja muzykanci. Piaskownica ziebi lodowatymi ziarnami. Zegnamy lato, zegnamy jesien. Jeszcze przez troche bedziemy cieszyc oko zoltymi, wesolymi chryzantemami szarganymi przez wiatr i ulewne deszcze na tarasie. I znow udaje sie wypelnic luke warszawskich straganow ociekajacych czeresniami, ogorkami, sliwkami; beczek pelnych soczystej kapusty czy rozlozonych na gazetach sloikow spadzistego miodu.  Podswiadomie szukam choc namiastki Polski, tej z dziecinstwa, tej radosnej I bezpiecznej tworzac dom nietypowy, lubiany przez wszystkie pokolenia, pelen ciepla I jak zawsze dobrego jedzenia. Na koniec roku staje w nim choinka, koniecznie z krotkimi igielkami I rzadkimi galazkami, tak jak w domu…

Permalink for this paragraph 0  

page 13